piątek, 19 czerwca 2026

Dominika Sakowicz (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

 Dominika Sakowicz (nie) tylko o serialu "M jak miłość"  [WYWIAD]





















fot. Iga Mackiewicz 

Z Dominiką Sakowicz spotkałam się w Warszawie. Rozmawiałyśmy o serialu "M jak miłość", postaci Joanny, w którą wciela się od 1914 odcinka, ale też o tym, jak czasami widzowie tracą czujność i mylą fikcję z rzeczywistością.

W naszej rozmowie nie zabrakło też przestrzeni na poruszenie tematu teatru, a także skonfrontowanie dwóch światów - teatralnego a kamery telewizyjnej. 

Aktorka telewizyjna, teatralna, modelka, optymistka. Osoba, dla której zawsze, szklanka jest do połowy pełna. Przyjaźnie nastawiona do ludzi i świata. Tak Panią widzę. (Śmiech.) Postrzega Pani siebie w podobny sposób?

To bardzo ciekawe spostrzeżenie, albowiem dla ludzi z zewnątrz jawię się w podobny sposób. Widzą mnie jako ciepłą osobę i ja się z tym zgadzam, ponieważ wydaje mi się, że mam w sobie sporo tego ciepła i miłości do ludzi. Gdybym jednak ja sama miałabym siebie w jakiś sposób określić, powiedziałabym, że jest we mnie sporo smutku i swego rodzaju melancholii. 

Od zawsze Panią tak postrzegano, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Zawsze. Wynika to z tego, że moim celem jest dawać ludziom radość. Ważne jest dla mnie, by ludzie w moim otoczeniu dobrze się czuli. Nie mam w zwyczaju swoich wewnętrznych rozterek przelewać na innych. (Śmiech.)

Takie nastawienie pomaga także w tym pięknym, ale jednak trudnym zawodzie?

Pozytywne nastawienie w ogóle pomaga w życiu. 

Wiele jest zawodów na "A". (Śmiech). Co spowodowało, że wybrała Pani akurat aktorstwo?

Mam takie wrażenie, że ja się z tym urodziłam. Wybór aktorstwa przyszedł dość naturalnie. 

Czy nigdy nie miała Pani innych pomysłów na siebie, a od najmłodszych lat lubiła się przebierać i wcielać w różne postaci?

Oczywiście, inne pomysły też były, ale chyba bardziej w życiu dorosłym. Jak mi nie szło w aktorstwie, często myślałam o tym, żeby się przebranżowić.

Jakie pomysły na siebie brała Pani pod uwagę?

Myślałam, by zostać agentką nieruchomości. Zrobiłam też kurs, by zostać... wedding plannerką.

Nic straconego, wszystkie swoje umiejętności może Pani wykorzystać na ekranie.

Oczywiście, że tak. 

Choć w zawodzie jest Pani aktywna od 2017 roku, to czy właśnie otrzymanie roli w serialu "M jak miłość" sprawiło, że poczuła Pani, jak nabiera wiatru w żagle?

Tak. Nie ukrywajmy, że jednym z powodów naszej rozmowy jest właśnie to, że pojawiłam się w tym serialu. (Śmiech.) 

Kończąc szkołę, sporo grałam w różnych teatrach, m.in. w Teatrze Studio, Teatrze Scena 11, a także w teatrze objazdowym. "M jak miłość" pozwoliło szerszej publiczności mnie poznać. Mam ogromny apetyt na karierę filmową. 

Wielu aktorów marzy o tym, by być częścią właśnie tej kultowej produkcji, która od ponad 25 lat cieszy się niesłabnącą sympatią wśród widzów. Czy wizualizując sobie rolę marzeń, myślała Pani kiedykolwiek o tym serialu?

Oczywiście! Jako mało dziewczynka też oglądałam ten serial. Siadałam przed telewizorem i marzyłam o tym, że jak dorosnę, to dołączę do rodziny Mostowiaków. 

I jak tu nie wierzyć w to, że marzenia mają siłę sprawczą? Jako doktor Joanna Dobrzańska, w serialu "M jak miłość" po raz pierwszy pojawiła się Pani w 1914 odcinku. 

Jestem ciekawa, jak te losy Joasi się potoczą. 

Wiadomo już, że zanim trafiła Pani do produkcji, zdarzało się Pani ją oglądać i to od swoich najmłodszych lat.  Czy zatem miała Pani swoje ulubione wątki, ulubionych bohaterów?

Kiedy oglądałam ten serial lata temu, fascynowały mnie np. losy Marty Mostowiak, granej przez wspaniałą aktorkę Dominikę Ostałowska. Jej bohaterka miała naprawdę sporo życiowych zawirowań, głównie tragicznych. Za tym oczywiście idą wyzwania aktorskie, które mnie kręcą. 

Jak po latach patrzy się na coś, co oglądało się, będąc dzieckiem? 

Pamiętam, jak podczas jednego z moich dni zdjęciowych pierwszy raz podjechałam pod dom w Grabinie. Było to faktycznie takie zderzenie tego, o czym marzyłam jako mała dziewczynka, oglądając serial w telewizji, z tym, gdzie teraz jestem, jako dorosła kobieta. 

W czym, w Pani odczuciu, tkwi fenomen tego serialu?

Myślę, że ten serial jest tak lubiany przede wszystkim dzięki temu, że grają w nim tak wybitni aktorzy. Jest bliski ludziom i codzienności. Zrzesza tyle różnych wątków i historii, że każdy może się w nim odnaleźć. 

Jak została Pani przyjęta na planie?

Bardzo miło. Od pierwszych scen partnerował mi Robert Moskwa, który wziął mnie pod swoje skrzydła, oprowadził po planie i poznał z ekipą. Złapaliśmy od razu świetny kontakt. To dzięki niemu, już od pierwszych chwil, poczułam się na planie serialu, jak w domu. Nie chcę tak słodzić, ale naprawdę jak na razie, (Śmiech.) nie mogę powiedzieć na nikogo złego słowa. Wszyscy bardzo ciepło mnie przyjęli. A to wcale nie zdarza się tak często.

Miała Pani mocne wejście nie tylko w sam serial, ale również w życie Artura, w którego wciela się wspominany Robert Moskwa. (Śmiech.) Widzowie poznali Joannę w momencie, w którym rani się w rękę, a z opresji ratuje ją właśnie wspominany, serialowy doktor Rogowski. Jak realizowano tę scenę?

Chronologia nagrywania bywa czasem zaburzona i nie idzie w parze z kolejnością tego, co jest pokazywane na ekranie, więc to nie była pierwsza scena, którą realizowałam, wcielając się w Joannę. Ta scena nagrana była trochę później.

Podczas mojego pierwszego dnia zdjęciowego realizowaliśmy sceny w przychodni. 

Nagrywanie sceny, w której Joanna rani się w rękę, było dla mnie bardzo ciekawe. Dużo się działo. Mogłam pokazać wiele emocji. Mimo, że dla niektórych jest to wątek dość kontrowersyjny, gra mi się go bardzo dobrze. (Śmiech.) 

Między Joanną a Arturem iskrzy od pierwszego spotkania i mam wrażenie, że tak już będzie zawsze. (Śmiech.) Muszę o to zapytać, choć wiem, że nie może Pani zdradzić zbyt wiele. Czy fani, przyzwyczajeni do małżeńskiej sielanki, która panuje pomiędzy Arturem a Marysią, powinni zacząć się martwić?

Widzowie od lat byli przyzwyczajeni do sielanki w małżeństwie doktora Rogowskiego, ale powiedzmy sobie szczerze, czy byłoby co oglądać, gdyby cały czas szło to w jednym kierunku? (Śmiech.) 

Jedni są zaniepokojeni już teraz, drudzy zaś czasem mylą rzeczywistość z serialową fikcją. Niestety, ta cienka linia pomiędzy jednym, a drugim, społeczeństwu czasem się zaciera. Apelowała Pani już na swoim oficjalnym profilu na Instagramie do widzów w tej kwestii. Co powiedziałaby Pani na ten temat w naszej rozmowie?

Dostałam kilka wiadomości na Instagramie, które co prawda nie były przesycone agresją, ale w których było widać, że niektórym widzom naprawdę zaciera się ta granica pomiędzy fikcją a tym, co dzieje się naprawdę. Były takie głosy, które domagały się, abym zostawiła Artura w spokoju. (Śmiech.) 

Niestety, Robert Moskwa obrywa bardzo mocno za to, co dzieje się na ekranie. Oczywiście, można wyrazić swoją opinię, ale nie można nikogo obrażać. 

Myślę, że najgorsze w tym wszystkim są portale, które podsycają hejt. Już same nagłówki są jednostronnie skonstruowane. Zdarzyło mi się parę razy zajrzeć w komentarze pod takim postem i to, co tam się sączy… delikatnie mówiąc, nie należy do najprzyjemniejszych odczuć. Dla swojego zdrowia, staram się tego nie robić, choć czasem kusi. 

Ja jestem aktorką, to jest mój wyuczony zawód i staram się go wykonywać najlepiej, jak potrafię. Im barwniejsza postać, tym dla mnie lepiej, bo mam jakieś wyzwanie przed sobą. A o perypetiach bohaterów nie decydują aktorzy, dostajemy gotowy scenariusz i robimy, co w naszej mocy.

Mój partner dobrze to kiedyś podsumował, a propos tego, że niektórzy widzowie przekraczają wszelkie granice - czy jeśli nie smakuje Ci bułka kupiona w piekarni, idziesz do tej piekarni i personalnie obrażasz Panią, która ją sprzedała? 

Bliska jest Pani nie tylko kamera telewizyjna, ale również scena teatralna. Czym jest dla Pani teatr?

Teatr jest mi zdecydowanie bliższy, niż kamera.

Z czego to się bierze?

To tam powstałam jako aktorka, tam rozwinęłam swoje skrzydła. Dopiero to pozwoliło mi przebić się na ekran. Teatr jest moją miłością absolutną. To coś zupełnie innego, niż ekran. Na scenie obcujemy z żywym organizmem. Relacja widz - aktor jest jak tango. Musimy razem ze sobą zatańczyć. Jeśli komuś się pomylą kroki, ten drugi też się wywróci.

To prawda, że aktor jest świadomy tego, co dzieje się na widowni?

Oczywiście. Pamiętam sytuacje, w których widz, siedzący w pierwszym rzędzie myślał, że nie widzę, kiedy wysyła do kogoś SMSa. Kiedy byłam na początku drogi, takie zachowanie potrafiło wybić mnie z rytmu.

Czy takie zachowanie może być powodem zaimprowizowania i uświadomienia widza, że to, co zrobił, nie było na miejscu?

Coś takiego wydarzyło się na monodramie Ewy Błaszczyk. Potrafiła tak podjąć temat, że faktycznie, w delikatny sposób zwróciła widzowi uwagę. 

Co dają jego deski, czego nie daje oko kamery?

To zdecydowanie adrenalina. Oczywiście, jest ona też obecna, kiedy po raz pierwszy wchodzi się na plan jakiegoś nowego projektu lub partneruje mi zupełnie nowy aktor, z którym nie miałam jeszcze przyjemności spotkać się w pracy.

 Jak często zdarza się Pani improwizować przed kamerą?

Chyba jak na razie to mi się nie zdarzyło. Albo sobie nie przypominam. Ja w ogóle cenię sobie bliską współpracę z reżyserem, lubię poddawać się czyjejś wizji, oczywiście korzystając ze swojej wrażliwości. 

Jest Pani nie tylko aktorką, ale także modelką. Kiedy to modeling pojawił się w Pani życiu? 

Modelka, to chyba za duże słowo. (Śmiech.) 

Kiedy byłam nastolatką, chodziłam do szkoły estradowej i to właśnie tam, moja nauczycielka tańca coś we mnie zauważyła. Podpowiedziała mi, żebym poszła na konkurs miss. Od tej pory zaczęłam dostawać propozycje współpracy komercyjnych, które do dziś zdarza mi się realizować. 

Traktuje to Pani jako uzupełnienie bycia aktorką, czy raczej jako osobną przygodę?

Traktuję to raczej jako osobną przygodę, choć usłyszałam ostatnio, że powinno to się zazębiać. Przyznam, że u mnie chyba nie do końca tak to działa. 

Trzeba przyznać, że Joasia w "M jak miłość" stylówki ma wspaniałe. Ma Pani jakiś wpływ na to, jak się ubiera?

Kiedy przyszłam na pierwsze przymiarki, cały pion kostiumów zaproponował mi tak piękne stroje, że ja się kompletnie w nich zakochałam. Nie miałam żadnych uwag. Fajne jest to, że tak jak w życiu, w serialowej garderobie te stroje też się powielają. No, któż codziennie ubiera się w co innego? (Śmiech.)

W czym to Pani na co dzień czuje się najlepiej? 

Jestem mniej elegancka, niż postać, w którą wcielam się w serialu, ale przyznam, że wiele jej sukienek chętnie bym sobie przywłaszczyła. (Śmiech.) Uwielbiam kwiaty, sukienki. Na co dzień ubieram się w to, w czym dobrze się czuję. 

wtorek, 16 czerwca 2026

Maria Gładkowska o filmie "Magnat" i życiowych doświadczeniach [WYWIAD]

 Maria Gładkowska o filmie "Magnat" i życiowych doświadczeniach [WYWIAD]













fot. Małgorzata Krawczyk 

Aktorka Maria Gładkowska na Kino na Granicy  przyjechała po raz pierwszy. Spotkała się z najmłodszymi widzami, by zainaugurować lubiany cykl „Aktorzy i aktorki czytają dzieciom".

Nie był to jej jedyny powód przyjazdu nad Olzę, albowiem podczas przeglądu wyświetlone zostały dwa filmy z jej udziałem, których reżyserem jest Filip Bajon.

To właśnie m.in. o filmie „Magnat" i „Bal na dworcu w Koluszkach" Maria Gładkowska rozmawiała ze mną. Opowiedziała, z jakimi emocjami ogląda się po latach filmy, w których się zagrało oraz jak wspomina pracę nad nimi.

Na początku każdej rozmowy staram się opisać swojego rozmówcę. Panią widzę jako aktorkę o imponującym dorobku artystycznym, ale też osobę, która mimo tego, że nie brakowało w jej życiu trudnych doświadczeń, nadal potrafi się uśmiechać i widzi szklankę do połowy pełną. Postrzega Pani siebie w podobny sposób?

Tak, jak najbardziej. Moje doświadczenia mnie ukształtowały, to dzięki nim jestem taką osobą, jaką jestem.

Takie nastawienie pomaga również w tym pięknym, a równocześnie trudnym zawodzie, prawda?

Myślę, że to taki zawód, który uczy dystansu do życia i do wielu spraw, w tym także do niepowodzeń, które są częścią tego wszystkiego.

W wywiadach często przyznaje Pani, że to nie jest łatwy zawód, jednocześnie przekonując, że jego wyboru nigdy Pani nie żałowała. To prawda, że już w liceum postrzegała Pani go jako swego rodzaju sposób na naprawianie świata? 

Kiedy wybierałam ten zawód jako młoda dziewczynka, myślałam o tym, że dzięki mojej grze widz będzie mógł dokonać przemyśleń swojego życia, działania i mieć jakieś refleksje.

Jak postrzeganie tego zawodu zmieniło się u Pani na przestrzeni lat?

Trochę inaczej to wygląda, kiedy już jest się dorosłą osobą. W moim wieku człowiek nie ma już żadnych złudzeń. (Śmiech) To nie jest łatwy zawód, zwłaszcza dla kobiety. Kiedy pierwszy raz powiedziałam, że chcę zdawać do szkoły aktorskiej, przestrzegał mnie przed tym Janek Englert. Dziś już mam tego pełną świadomość, aczkolwiek niczego nie żałuję.

W repertuarze 28. edycji Kina na Granicy znalazły się dwa filmy z Pani udziałem. Pierwszy to „Magnat", który premierę miał w 1986 roku. Wcieliła się Pani w Daisy, żonę Hainsa Heinricha. To już prawie 40 lat od jego premiery. Jak dziś patrzy Pani na ten film? 

Mierzę wszystko wiekiem moich dzieci, więc to bardzo prawdopodobne, że to już tyle lat. (Śmiech) Im człowiek jest starszy, tym szybciej życie upływa. Mam takie poczucie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, że wręcz pędzi, jak to najnowsze pendolino w naszym kraju.

Mam wrażenie, że „Magnat" jest dla Pani ważnym filmem. Dlaczego?

„Magnat" jest dla mnie bardzo ważnym filmem, ponieważ po raz pierwszy w mojej karierze zawodowej dostałam wtedy propozycję zagrania takiej właśnie postaci. Niewątpliwie, jako dla młodej osoby, było to dla mnie wyzwanie.

Jakim reżyserem jest Filip Bajon?

Pracowało nam się doskonale. Jak już wspomniałam, byłam wtedy bardzo młodą dziewczyną. Spotkanie w pracy tak doświadczonego aktora jak Jan Nowicki, czy tak uznanego już reżysera jak Filip Bajon, było dla mnie bardzo ważne. Przyglądałam się im z dużym zainteresowaniem i zaciekawieniem.

U Filipa Bajona zagrała Pani również w „Balu na dworcu w Koluszkach" i pokrewnym „Magnatowi" miniserialu „Biała wizytówka". Punktem wyjścia "Balu..." jest autentyczna zima stulecia z przełomu lat 1978/79. Jak Pani zapamiętała pracę nad tym projektem?

Te zdjęcia były zupełnie inne, ponieważ był to zupełnie odmienny film. Trudno tutaj mówić o większej roli. Moja postać nie była tak znacząca. Przy tym filmie, podobnie jak w przypadku „Magnata", Piotr Sobociński był odpowiedzialny za zdjęcia. Wiedziałam już, jak się z nimi pracuje. Być może ten dystans, który z początku mi towarzyszył, zmniejszył się, a co za tym idzie, lęk młodej, przystępującej do pracy aktorki, też nie był już tak duży.

Gdyby miała Pani możliwość zagrać u niego po latach, w jakimś nowym tytule, zdecydowałaby się Pani taką rolę przyjąć?

Gdyby tylko miał dla mnie jakąś ciekawą do zagrania postać, oczywiście, zgodziłabym się.

Nie wiem, czy po tylu latach można zadać to pytanie, ale spróbujmy. Czego Panią praca nad tym tytułem nauczyła?

Spotkałam wtedy Jana Peszka, który jest wielkim, nietuzinkowym wręcz aktorem. Jego styl gry jest odmienny od wielu, równie wspaniałych aktorów, których znam. To zetknięcie się z nim było dla mnie bardzo interesujące.

Czy zdarza się Pani po latach wracać do oglądania innych filmów ze swoim udziałem?

Tak. W ubiegłym roku po raz pierwszy w całości obejrzałam wspominaną „Białą wizytówkę", która jest rozszerzoną wersją „Magnata". Wcześniej nie widziałam tego miniserialu.

Jakie towarzyszyły Pani emocje?

Obejrzałam go z dużym zainteresowaniem i takim wewnętrznym drżeniem.

Cieszyński festiwal łączy miłośników polskiego, czeskiego i słowackiego kina oraz literatury. Pani ulubieni czescy przedstawiciele kina i literatury to...

Przyznam szczerze, że znam niewielu. Przyjeżdżając tu, miałam nadzieję, że wreszcie ich poznam.

A z czym kojarzą się Pani Czechy? Ilekroć zadaję to pytanie podczas przeglądu, na którym się spotykamy, najczęściej padają odpowiedzi takie jak piwo czy smażony ser. 

Piwa nie piję. (Śmiech) Lata temu, kiedy przejeżdżałam przez Czechy, wybierając się na narty do Austrii, zrobiłam wyjątek i wypiłam czeskie piwo. Pamiętam, że mi wówczas smakowało. Bardzo chciałabym odwiedzić Pragę.

Razem z Grażyną Błęcką-Kolską zainaugurowała Pani cykl skierowany do najmłodszych, „Aktorzy i aktorki czytają dzieciom". Uważa Pani, że czytanie dzieciom od najmłodszych lat sprawia, że w późniejszych latach chętniej sięgają po książki?

Jak najbardziej.

„Awantura o Basię", która jest lekturą szkolną, a w której zagrała Pani Stanisławę Olszańską, doczekała się adaptacji telewizyjnej. Z jakimi książkami i autorami kojarzy się Pani dzieciństwo? Czytała Pani wnuczkowi wspominaną lekturę?

Wnukowi jeszcze „Awantury o Basię" nie czytałam, bo jest na tę lekturę za mały. Mój wnuk ma już prawie sześć miesięcy i muszę przyznać, że już z dużym zainteresowaniem słucha, kiedy czytam mu o zwierzątkach i oswajam go z tym, jakie dźwięki wydają. Wyrosłam na „Baśniach Andersena", które czytała mi moja mama. Do dziś je kocham.

Jaka książka zachwyciła Panią ostatnio?

Był to „Chłopiec z latawcem" autorstwa Khaleda Hosseini. To piękna i bardzo mądra książka.

„Matki, żony i kochanki", „Na dobre i na złe" i „Czułość i kłamstwa" to seriale, z którymi nadal jest Pani najczęściej kojarzona przez widzów?

Jestem najczęściej kojarzona z tymi tytułami, które są w danym momencie emitowane w telewizji. Telewizja nadal jest bardziej popularna niż kino, więc prawdopodobnie z tego to wynika.

Można spotkać też Panią w Teatrze. W jakich sztukach obecnie Pani występuje?

Pracuję w Teatrze Nowym w Łodzi, zapraszam na spektakle w których gram. Zrobiłam wspaniały monodram „Testament Szekspira". Jego autorem jest Kanadyjczyk, Vern Thiessen. Z Wojtkiem Wysockim gram w komedii „Seks dla opornych". Można mnie zobaczyć też w bajce dla dzieci „Tajemniczy ogród".

Dzieci są najbardziej wymagającymi widzami?

Bardzo trudno wywalczyć ich uwagę.

czwartek, 11 czerwca 2026

Natalia Sikora o wszystkich odcieniach bycia artystą [WYWIAD]

 Natalia Sikora o wszystkich odcieniach bycia artystą [WYWIAD]















fot. Marek Zimakiewicz 

Z Natalią Sikorą spotkałam się w Warszawie. To artystka o charakterystycznej barwie głosu. Rozmawiamy nie tylko o muzyce, ale też o malowaniu obrazów. Przywołuje moment, w którym rozpoczęła się jej przygoda z malowaniem. Może namalować obraz dla każdego. 

Na początek każdej rozmowy staram się opisać jej bohatera. Ciebie widzę jako wokalistkę o charakterystycznej barwie głosu, autorkę tekstów, aktorkę teatralną i filmową, a także malarkę. Do czego jest Ci w tym momencie najbliżej?

W każdej z tych dziedzin najbardziej kręci mnie proces powstawania i to, co można dzięki niemu odkryć. Tak staram się funkcjonować, by te dziedziny wpływały na siebie wzajemnie.

Jawisz się jako artystka totalna i człowiek renesansu. (Śmiech.) A także, miłośniczka zwierząt, kobieta silna, wiedzącą czego chce i o czym marzy, a jednocześnie bardzo wrażliwa. Postrzegasz siebie w podobny sposób?

Tak. Żyję z pewnym darem, który jednocześnie jest przekleństwem.

W czym to się objawia?

Kiedy ma się dar interpretowania, wszystko postrzega się bardzo głęboko, a to wiąże się z tym, że siła, która prowadzi nas przez życie, jest dla nas bardzo kosztowna. Poświęcając się czemuś, za każdym razem dajemy z siebie wszystko, co najczęściej trzeba odchorować. Wydaje mi się, że odpoczynek w moim życiu jest jedynie złudzeniem. 

Zatrzymajmy się na chwilę przy tej miłości do zwierząt. Gdybyś miała sięgnąć pamięcią do dzieciństwa, zwierzęta otaczały Cię od zawsze? 

Tak, zwierzęta otaczały mnie od zawsze. 

Czy obecność któregoś z czworonogów zapisała się w Tobie szczególnie? Jakieś imię, wspomnienie? 

Obecność każdego z nich w jakiś sposób się we mnie zapisała. Obecnie najbliższy jest mi mój pies Bonzo, z którym żyję od szesnastu lat. Zabrałam go ze schroniska, kiedy miał trzy miesiące. Ma w sobie coś z wilka. Wiem, że nasze dusze miały się spotkać. To najuczciwsza istota w moim życiu. 

Masz czasem tak, że wolisz zwierzęta od ludzi?

Zawsze. Zwierzęta zawsze są u mnie na pierwszym miejscu. 

Coraz częściej spotykam się z taką opinią. Tak naprawdę na co dzień nie mówi się o tym głośno, bo ostała się w nas resztka wiary, że dobrych ludzi jest więcej. 

Rozpiętość Twoich umiejętności robi ogromne wrażenie. Nie jest tajemnicą, że już od najmłodszych lat przejawiałaś zainteresowanie dziedzinami artystycznymi, śpiewając, chociażby różne utwory, przebierając się i wcielając w różne postaci. Można zatem stwierdzić, że nie miałaś innych pomysłów na siebie?

Moje życie od samego początku opierało się na pływaniu. Jednak, z racji dość poważnej kontuzji kolana, nie mogłam łączyć przyszłości ze sportem. 

Chciałam być też weterynarzem, ale dotarło do mnie, że nigdy nie będę w stanie uśpić zwierzęcia. 

Myślałam też o tym, by zostać lekarzem, ale od zawsze wiedziałam, że nie umiałabym uratować kogoś, o kim wiedziałabym, że jest mordercą. 

Tak naprawdę w tym zawodzie można być każdym, więc choćby pomysłów było wiele, nic straconego. (Śmiech.) 

Dokładnie. 

Gdybym zapytała Cię o rolę marzeń, mam wrażenie, że połączyłabyś swoje największe pasje i wyszłaby nam z tego śpiewająca aktorka malująca obraz. (Śmiech.) Czy się mylę?

Faktycznie, mogłabym zagrać kogoś takiego. Bardzo chętnie wcieliłabym się też w Bruce’a Lee albo Steve’a McQueena. (Śmiech.) 

Odnalazłabyś się w roli, w której trzeba zastosować sztuki walki?

Tak, trenowałam od dziecka, więc to coś, co nie jest mi obce. 

Twoja przygoda z malowaniem rozpoczęła się 4 grudnia 2019 roku, kiedy, jak sama  to określasz, siedząc w garderobie teatralnej, odpięłaś się od życia i spędziłaś dwie minuty w zaświatach. Brzmi intrygująco. Opowiedzmy coś więcej. 

To był taki moment w moim życiu, w którym nie wyrażałam już wobec siebie żadnego szacunku. Liczyła się tylko praca, wręcz harówka. Byłam wypalona wewnętrznie. W pracy otaczała mnie grupa ludzi, z którymi kompletnie nie mogłam nawiązać porozumienia. Przez dwie minuty byłam gdzie indziej. By dojść po tym wszystkim do siebie, zaczęłam malować. 

Pamiętasz myśli i emocje, które towarzyszyły Ci przez te dwie minuty?

Czułam ulgę i spokój. Było to czymś wspaniałym. Do ciała wróciła mnie myśl o zwierzętach i o tym, że czekają na mnie. 

Co przedstawiał Twój pierwszy obraz?

Mój pierwszy obraz przedstawiał leżące na podłodze, płonące ciało, które na nowo trafia prąd, w formie energii i myśli. 

Jak często łączysz malowanie ze śpiewaniem? Czy obrazy, które powstają, są czasami zapisem emocji, które wywołuje w Tobie utwór, który wykonujesz?

Te naczynia są u mnie tak połączone, że tu wszystko z siebie wynika. Tak naprawdę, jedno prowokuje drugie.

Czy dobór kolorów, którymi przedstawiasz rzeczywistość na swoich obrazach, bywa odzwierciedleniem emocji, które towarzyszą Ci danego dnia?

Tak. Należy do tego dodać pola podświadomości. 

Po jakie kolory sięgasz najczęściej?

Najczęściej sięgam po kolory ognia. Od bordo, do głębokiej pomarańczy. 

W ostatnich miesiącach w moich obrazach pojawia się również bardzo dużo odcieni zieleni. 

Wiąże się to z tym, że w Twoim życiu pojawia się coraz więcej nadziei?

Nie wiem, czy tak jest. Skupiam się na tym, w co wierzę.

W co w tej chwili wierzysz najbardziej?

Obecnie najbardziej wierzę w moją nową płytę, nad którą pracuję. 

To prawda, że inspiracją do namalowania obrazu może być tak naprawdę wszystko, od gestu, przez zasłyszane słowo, aż po to, czego doświadczamy? Czym Ty najczęściej się inspirujesz?

Sygnały zewnętrzne nazywają konkretny rodzaj energii, którą chcę przedstawić na konkretnym obrazie. To z kolei uruchamia wszystko, od biochemii, przez kierunki fizyki, aż do dynamiki barw i tego, co na nim się rozpada, a co składa się w całość. 

29 maja 2025 roku powstał Twój Warsztat Twórczy "Znachor". Nazwa kojarzy mi się oczywiście z kultowym filmem, w którym główną rolę zagrał Jerzy Bińczycki oraz z jego nowszą wersją, gdzie w doktora Wilczura wcielił się Leszek Lichota. Czy nazwa warsztatu inspirowana była filmem, czy ma jeszcze jakieś inne, głębsze znaczenie?

Trafiłaś w sedno. Nazwa mojego warsztatu była inspirowana rolą Jerzego Bińczyckiego, który moim zdaniem, obok Marka Kondrata jest najciekawszym polskim aktorem. 

Ile razy widziałaś ten kultowy film?

Bardzo wiele razy. 

W ramach swojego warsztatu malujesz obrazy na życzenie. Bardzo ciekawi mnie proces dochodzenia do energii, którą masz przelać na papier. W dojściu do niej pomagają Ci pytania, zadawane osobie, będącej później właścicielem obrazu. Co musi wiedzieć twórca, by taki obraz stworzyć? 

Wymyśliłam dość nowatorską formę. Bardzo kręci mnie wejście w dialog z osobą, która dany obraz zamawia. Zależy mi na tym, by było to ciekawe dla obu stron. 

O co pytasz najczęściej?

Pytam o wiele rzeczy. Skupiam się na tym, jakie energie lubi osoba, dla której tworzę obraz. Jakie barwy są dla niej ważne. Pytam też o to, kogo chciałaby zobaczyć koło siebie. Może to być też pamiątka przedstawiająca kogoś, z kim zamawiający nie zdążył zrobić sobie zdjęcia. 

Masz jeden warunek - musisz poczuć to, co masz przenieść na płótno. Jeśli tego nie czujesz, nie podejmujesz się wyzwania?

Bardzo lubię wyzwania. Jest bardzo mało rzeczy, z których namalowania mogłabym się wycofać, ale oczywiście są takie.

Jakie? 

Na pewno nie umiałabym przedstawić na obrazie czyjejś jednoznacznej krzywdy. 

Kiedy ktoś pyta Cię, co wiesz o malowaniu, najczęściej odpowiadasz, że wiesz, że jest wolnością. Powiedz coś więcej. 

Najczęściej myślę wtedy o twórczej wolności i wolności zmysłów człowieka. 

W moim odczuciu, wolnością jest wszystko, co pozwala nam na upust emocji. Jak definiujesz wolność w muzyce?

Wolnością w muzyce jest dla mnie otwartość, ponieważ wiąże się z kontaktem z muzykami. Żebym czuła się wolna, muszę czuć, że mają na tyle przygotowany materiał, że potrafią improwizować. 

Chciałabym porozmawiać o Twojej muzycznej współpracy z Sebastianem Fabijańskim. Stworzyliście jedyny w swoim rodzaju duet. Pamiętasz moment, w którym Wasze drogi przecięły się po raz pierwszy?

Wracaliśmy razem ze spektaklu. Włączył mi swoje piosenki. Rozmawialiśmy o tym, o czym mógłby być nasz duet. 

W czym zawarta jest siła Waszego duetu? 

Ta siła na pewno zawarta jest w uczciwym podejściu do zagadnień zawodowych i w dbaniu o wyraz takiej sytuacji. 

Jaka była droga od pomysłu, do realizacji albumu "Antidotum"? Miał on swoją premierę 17 października 2025 roku. 

Seba przedstawił kilka swoich pomysłów, ja weszłam w to ze swoimi pomysłami. Zjawił się ktoś, kto odegrał w tym wszystkim rolę producenta. Przeszliśmy do studia i zajęliśmy się zarejestrowaniem tych utworów. 

Gdybyś miała tę przygodę zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Przygoda. (Śmiech.) 

Z całego albumu, na którym mieści się osiem utworów, najbardziej przemawia do mnie "Kurz". Bardzo lubię też "Klub złamanych serc". Jaki utwór to Ty darzysz największym sentymentem? 

"Antidotum". 

Jak już wspominałyśmy, realizujesz się na wielu polach, ale czy zastanawiałaś się kiedyś, czy gdyby nie udział w drugiej edycji programu "Voice of Poland" i Twoja wygrana tego programu, byłabyś w miejscu, w którym jesteś teraz? 

Gdyby nie udział w tym programie, we właściwym momencie mojego życia nie poznałabym pewnych machin produkcyjnych tego, jak to wygląda. Nie wiedziałabym, z czym więcej się nie konfrontować.

No właśnie, z czym?

Ze ściemą i z tym, że ktoś próbuje zrobić z nas kogoś, kim tak naprawdę nie jesteśmy. Myślę, że nie byłabym w momencie, w którym jestem. Była to dla mnie fantastyczna przygoda. 

Czy teraz, wiedząc już z czym to się wiąże, chciałabyś wziąć udział w programie o podobnym formacie?

Postawiłabym ten sam warunek, co wtedy. Sama decyduję, co śpiewam.

"Droga rzadziej przemierzana". Zuzanna Grabowska o swoim debiucie reżyserskim [WYWIAD]

 "Droga rzadziej przemierzana". Zuzanna Grabowska o swoim debiucie reżyserskim [WYWIAD]















fot. Małgorzata Krawczyk 

„Droga rzadziej przemierzana" zamknęła 28. Kino na Granicy. To debiut reżyserski aktorki Zuzanny Grabowskiej, która w pracy nad tym filmem łączyła wiele ról. W rozmowie opowiada m.in. o tym procesie i wyborze motywu odchodzenia na myśl przewodnią swojej produkcji.

28. edycja Kina na Granicy jest pierwszą odsłoną festiwalu, na którym się pojawiasz, ale zdarza Ci się przyjeżdżać tutaj z teatrem. Jak wraca się w te strony?

Tak naprawdę, kiedy gdziekolwiek przyjeżdża się z teatrem, czasu na zwiedzanie jest bardzo mało. Nigdy wcześniej nie byłam chociażby na tutejszym rynku. Bardzo się cieszę z tego przyjazdu. Jestem zauroczona tym miastem. Spacerujemy. To wspaniała majówka.

To jeden z tych festiwali, na którym nie obowiązują galowe stroje i nie ma czerwonych dywanów. Czy między innymi właśnie to składa się na jego sukces?

Zdecydowanie. Łukasz Maciejewski naprawdę kocha aktorów, kocha filmy. Umie stworzyć luźną atmosferę. Bardzo dobrze się tutaj czuję.

Jego dużym atutem, moim zdaniem, jest również to, że ten przegląd łączy miłośników kina polskiego, czeskiego i słowackiego. Czy lubisz filmy naszych południowych sąsiadów?

Uwielbiam czeski humor i tę lekkość w czeskim kinie. Pojawiło się tutaj wiele tytułów, o których wcześniej nie słyszałam. Wśród tych, które zdecydowałam obejrzeć, znalazło się właśnie kilka czeskich pozycji.

Ilekroć pytam gości festiwalowych o skojarzenia z Czechami, najczęściej słyszę, że to piwo i smażony ser. Co dorzucisz do tej puli?

Podpisuję się pod przedmówcami. (śmiech)

Zostałaś gościem uwielbianego, i to nie tylko przez najmłodszych, cyklu „Aktorzy i aktorki czytają dzieciom". Jaka książka kojarzy Ci się z dzieciństwem?

Tych książek jest naprawdę dużo. Jednak przede wszystkim są to „Przygody Koziołka Matołka". Uwielbiałam tę serię.

Byłaś dzieckiem, które trzeba było namawiać do czytania?

Lubiłam słuchać bajek, jeszcze na adapterze.

Uważasz, że czytanie dzieciom od najmłodszych lat sprawia, że później same z większą ochotą sięgają po książki? Nie można zapominać też o tym, jak bardzo czytanie wpływa na kreatywność.

Och, zdecydowanie. Jeśli pokażemy dzieciom, że książka potrafi być czymś fajnym, a nie tylko nudną lekturą, może to zaprocentować w przyszłości i faktycznie sprawić, że chętniej sięgną po książkę w późniejszym czasie.

Jaka książka zachwyciła Cię ostatnio?

Najczęściej sięgam po powieści i poradniki psychologiczne. Ostatnio moją uwagę zwróciła „Odwaga bycia nielubianym" autorstwa Ichiro Kishimi i Fumitake Koga.

Na 28. Kino na Granicy przyjechałaś nie tylko po to, by czytać dzieciom. Filmem zamknięcia tej edycji została „Droga rzadziej przemierzana". To Twój debiut reżyserski. Jaka była droga od pomysłu do realizacji?

To na mnie spadło jak grom z jasnego nieba. Pewnego dnia zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, Agaty Wątróbskiej, bo wpadłam na pomysł napisania pewnego scenariusza. Zaproponowałam jej, byśmy stworzyły go wspólnie. Od słowa do słowa - ten pierwszy etap tak się zaczął.

Oprócz tego, że film wyreżyserowałaś i jesteś współautorką scenariusza, grasz też jedną z głównych ról. Rozpiętość umiejętności niesamowita.

Wzięłam na siebie bardzo dużo, ale to wyjątkowy projekt, który mogłam zrealizować jedynie w taki sposób. Myślę, że gdyby pojawiły się kolejne produkcje, zdecydowałabym się już tylko na objęcie jednej z tych wielu funkcji. Bardzo się cieszę, bo z czymś aż tak osobistym wychodzę do ludzi po raz pierwszy. Nie jest to co prawda biograficzna historia, ale na pewno jest w niej jakaś część mnie.

Jaka?

Tą iskrą były moje czterdzieste urodziny. Pomyślałam sobie, że jestem w takim momencie życia, w którym dużo wiem, dużo jest za mną, ale jeszcze wiele przede mną. Przyjaźń z osobami, które często towarzyszą nam od dzieciństwa, była jednym z ważnych motywów. Możemy mieć w nich oparcie. To film o czterdziestoletnich kobietach. Też się do nich zaliczam. Mam nadzieję, że wiele kobiet w podobnym wieku i nie tylko, znajdzie w nim cząstkę siebie.

Co było dla Ciebie w tym połączeniu tak wielu wspomnianych już umiejętności najważniejsze?

Najważniejsze było przygotowanie. Kiedy plan się rozpoczął, nie chciałam mieć już w sobie żadnych pytań. Oczywiście, wiele rzeczy miało prawo się wydarzyć, natomiast to przygotowanie, które odbywało się wcześniej na tak wielu poziomach, było kluczowe.

Czy przyjaźń, która połączyła Cię z Agatą Wątróbską, pomogła Wam również w zbudowaniu relacji ekranowej?

Tak. Bardzo dobrze się znamy, byłyśmy razem na roku, przez całe studia razem mieszkałyśmy. Wiemy o sobie naprawdę dużo.

Lubicie wspólne projekty?

Przede wszystkim lubimy się nawzajem. Przez wiele lat działałyśmy razem w Teatrze Dramatycznym i Kabarecie na Koniec Świata. Zagrałam też w sztuce „Przyjaciele", którą Agata wyreżyserowała. Ten spektakl można zobaczyć w stołecznym Garnizonie Sztuki. Znamy swoje mocne i słabe strony, naprawdę lubimy ze sobą pracować.

Co było dla Was najistotniejsze w ukazaniu ekranowej relacji?

Istotne było dla nas to, żeby to płynęło, kiedy ruszyła kamera. Miałyśmy świadomość, że ta historia jest już w nas osadzona. Poszłyśmy wytyczonym wcześniej szlakiem.

Producentem, a także jednym z epizodycznych bohaterów jest Paweł Domagała, a w jednej z ról widzimy także Twojego tatę, Andrzeja Grabowskiego. Jak się układała współpraca Waszej trójki?

Bardzo dobrze. Tata i Paweł Domagała wspomogli mnie, skorzystałam z ich talentu i potencjału. W ogóle podczas pracy nad tym filmem otoczyłam się ludźmi, którzy są mi przyjaźni i dobrze na mnie patrzą. Zadziałało family friends. (śmiech) Teraz już wiem, że mogliśmy to zrobić tylko w takiej konfiguracji.

Oj, udowadniacie, zresztą nie po raz pierwszy, że z rodziną fajnie, nie tylko na zdjęciu. (śmiech) Praca na planie „Drogi..." jeszcze bardziej wzmocniła Waszą rodzinną więź?

Tak. Produkcja filmu ma wiele etapów. Bywają momenty, kiedy trzeba zaryzykować. Na to wszystko składają się także trudne rozmowy. Wspomogły nas także producentki wykonawcze, Sylwia Witowska i Vicky Witowska.

„Droga rzadziej przemierzana” to historia dwóch dziewczyn, które rozdzieliło życie, żeby połączyć na nowo wobec perspektywy odejścia trzeciej z przyjaciółek. To kolejna, po „Zapiskach śmiertelnika" w reżyserii Macieja Żaka, propozycja festiwalowa dotycząca przemijania. Mam wrażenie, że ten motyw jest obecnie chętnie poruszany w polskim kinie. Z czego, Twoim zdaniem, to wynika?

Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, uważam że nie zawsze strata drugiej osoby niesie tylko rozpacz i cierpienie. Oczywiście, że jest tego częścią, ale w dłuższej perspektywie może przynieść nam także ukojenie, mądrość i dostarczyć nam także możliwość innego spojrzenia na świat. Chciałam pokazać, że śmierć nie jest tylko końcem samym w sobie. Jeżeli relacja była pełna, po tej osobie, która nas w danym momencie zostawia, już na zawsze coś w nas zostanie. To coś, co nigdy nie umrze.

Wybór takiego motywu bierze się z potrzeby pokazania odchodzenia z różnych perspektyw, potrzeby dzielenia się historiami opartymi o coś, co się przeżyło czy jeszcze z czegoś innego?

Sztuka jest czymś, dzięki czemu możemy alternatywnie przeżyć jakąkolwiek historię. Uczestnicząc w powstawaniu scenariusza, wcielając się w postać, przerobiłam w sobie te wszystkie emocje. Było w tym wszystkim coś oczyszczającego i wzmacniającego.

sobota, 23 maja 2026

Małgorzata Pieczyńska (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

Małgorzata Pieczyńska (nie) tylko o serialu "M jak miłość"  [WYWIAD]



















fot. sesja do projektu #lubiesiebie

W kwietniu w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie dwukrotnie została wystawiona "Kolacja dla głupca" w reżyserii Cezarego Żaka.

Aktorka opowiedziała o swoim pozytywnym podejściu do życia, fascynacji jogą i bohaterkach, w które wciela się w serialach "M jak miłość" i "Zaraz wracam".

Na początku każdej rozmowy staram się opisać jej bohaterkę. Panią widzę jako polską i szwedzką aktorkę teatralną, filmową i telewizyjną, popularyzatorkę jogi, zdrowego stylu życia, a co za tym idzie, osobę, dla której szklanka jest zawsze do połowy pełna. Pani postrzega siebie w podobny sposób?

Zdecydowanie. Ta szwedzka część jest bardzo ważna, bo niezwykle trudna i wymagająca. Jeśli aktor nigdy nie grał w obcym języku, to nie zrozumie stopnia tej trudności. Gram w teatrze, mówię wierszem, występuję w licznych produkcjach. Są to kwestie, które wypowiadam w języku rosyjskim, szwedzkim i angielskim. Uważam to za swoje życiowe osiągnięcie.

W którym języku gra się najtrudniej?

W każdym obcym języku trudno się gra. Nadspodziewanie dobrze gra mi się po rosyjsku. Do tej pory myślałam, że ten język jest we mnie kompletnie uśpiony i zupełnie go nie znam. Jakiś czas temu okazało się jednak, że był gdzieś tam w mojej pamięci i kiedy przyszło mi się z nim zmierzyć i wygrać zdjęcia próbne w tym języku oraz skonfrontować się z rolą, mój poziom jego znajomości był dla mnie miłym zaskoczeniem. Angielski jest trudny, ponieważ to język, który wydaje się oczywisty. Wcale tak nie jest, ponieważ w obcym języku możliwość improwizacji jest zerowa. Kwestie trzeba mieć wykute na blachę.

Jeśli chodzi o Pani pozytywne usposobienie, tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Wydaje mi się, że tak było zawsze. Moja mama była uśmiechniętą osobą, pozytywną. Chyba można tak powiedzieć, że wyssałam to z mlekiem matki. Taka natura.

Takie nastawienie pomaga także w tym pięknym, a jednocześnie trudnym zawodzie, prawda?

To pomaga w życiu, a zawód, który wykonujemy, to przecież kawał naszego życia. Jeśli chodzi o ekipę akurat "Kolacji dla głupca", z którą przyjechaliśmy do Cieszyna, muszę powiedzieć, że czasami w trasie spędzamy wiele godzin, jesteśmy ze sobą praktycznie cały czas. Jeśli ktoś z natury jest mrukliwy, ma trudny charakter, byłby dla takiej grupy nieznośny. Wydaje mi się zatem, że usposobienie jest bardzo ważne w codzienności.

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie. Ilekroć rozmawiam z aktorami w tym miejscu, stwierdzają, że to magiczne miejsce. Pani się zgadza?

To przepiękny teatr, niezwykłe miejsce. Pamiętam pierwsze edycje Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Era Nowe Horyzonty, które w latach 2002-2005 miały miejsce w Cieszynie i Czeskim Cieszynie. Pomysłodawcą tego wydarzenia był Roman Gutek. Przy tej okazji kilka razy byłam tutaj na dłużej. Tutaj jest pochowany Helmut Kajzar, który był bardzo ważną postacią w moim życiu. Poznałam go w młodości, pisałam na jego temat pracę magisterską. Wydaje mi się, że znajomości z młodości są formatujące. Jego "Manifest teatru meta-codziennego" jest dla mnie bardzo ważny. Przytoczę taki fragment "Postaraj się z codziennego krojenia chleba, uczynić krojenie tortu urodzinowego".

Mam wrażenie, że te słowa są idealnym odzwierciedleniem tego, jak Pani podchodzi do życia.

Staram się. Jego słowa są moim mottem.

Wracając do cieszyńskiego teatru, to właśnie w jego wnętrzach, w 1974 roku, kręcono jedną ze scen "Ziemi obiecanej". Wiedziała Pani o tym?

Nie wiedziałam o tym, ale już wiem, która to scena. To wymarzony obiekt do filmu.

Skoro to już kolejny Pani raz w naszym regionie, proszę powiedzieć, jak wraca się w te strony?

To urocze miejsce pod każdym względem. Przywitała nas piękna pogoda, a wtedy chce się uśmiechać, chce się żyć. Tutejsza publiczność jest żywa, obyta z teatrem, ze sztuką.

"Kolacja dla głupca" to uznany klasyk komedii, zarówno filmowej, jak i teatralnej. Jak grać klasykę, by zaciekawić widza?

To żywy tekst, bardzo dobry. Reżyseria Cezarego Żaka jest niezwykle inteligentna i błyskotliwa. Ma mnóstwo energii, którą zaraża wszystkich. Więcej nie trzeba kombinować.

Nie jest tajemnicą, że scena była Pani miłością od czasów szkolnych, ale sięgnijmy pamięcią do momentu, w którym po raz pierwszy zafascynowała się Pani jogą.

To był przypadek. Zawsze lubiłam aktywność fizyczną. W młodości parałam się m.in. akrobatyką i jazdą konną. W szkole teatralnej też było dużo różnych aktywności. Pamiętam jednak, że kiedy byłam już dorosła, polubiłam pilates. Ćwiczyłam też sama. Korzystałam z kaset, na których ćwiczenia prezentowała Jane Fonda. To było fantastyczne. Wydawało mi się, że nic mi więcej nie potrzeba. Wtedy koleżanka zaprosiła mnie na jogę. Z początku nie chciało mi się iść, pomyślałam, że będzie to dla mnie za mało aktywne. Od pierwszych zajęć jednak czułam, że to jest to.

Czy to rodzaj aktywności dla każdego? 

Tak, zdecydowanie. To aktywność dla każdego.

Czy jest wsparciem także w intensywnym życiu zawodowym? Przypomnijmy, że m.in. dzięki sprawnemu łączeniu kariery w Szwecji i Polsce, dużo czasu spędza Pani w podróży.

Oczywiście. Joga pomaga w koncentracji, balansie psychicznym i fizycznym. To panaceum.

A czym zafascynował Panią szwedzki rynek filmowy? 

Moją przygodę ze szwedzkim rynkiem filmowym rozpoczęłam w latach 90. Duże różnice były zawarte w komforcie pracy, 8-godzinnym trybie pracy. Pracuje się dosyć podobnie, jednak ludzie są bardziej zrelaksowani, lepiej przygotowani.

Czy kiedy realizuje się Pani na zagranicznym rynku, zdarza się Pani tęsknić za Polską?

Bardzo. Granie w języku ojczystym jest ogromnym komfortem.

Wyobraża Pani sobie taką sytuację, w której zrezygnowałaby z realizowania projektów polskich lub zagranicznych, by w całości poświęcić się aktywności zawodowej w jednym z omawianych w rozmowie krajów?

Gdybym musiała wybierać, wybrałabym polski rynek filmowy.

Jako Aleksandra Chodakowska, mama Marcina i Olka Chodakowskich po raz pierwszy pojawiła się Pani w 1011. odcinku serialu „M jak miłość”. Czy zanim dołączyła Pani do obsady, miała w nim swoje ulubione wątki i bohaterów?

Nie. Nie śledziłam losów bohaterów, przyjęłam tę propozycję roli. Jestem zadowolona, że to zrobiłam. Miałam dużo szczęścia, że trafiłam akurat do wątku rodziny Chodakowskich. Gram m.in. z Mikołajem Roznerskim, Adą Kalską, Maurycym Popielem, Iloną Janyst. Uważam, że to fajni, mili ludzie.

Czy wieloletnie wcielanie się w jedną postać, choć do pewnego stopnia szufladkuje?

Poczytuję to sobie raczej jako pozytywną reakcję widzów. Aleksandra jest lubiana. Pracowałam na to, ponieważ na początku była postacią negatywną, przez co nie miała zbyt wielkich szans u widowni. Poprzez wcielanie się w Aleksandrę zyskuję też kredyt zaufania u widzów, których spotykam w teatrze.

Kompletnym przeciwieństwem Aleksandry jest Krystyna Filar, matka Janusza, która po raz pierwszy pojawiła się w 73. odcinku serialu "Zaraz wracam". Czy swego rodzaju złamanie, którą postać posiada, tworzy dodatkowy atut do grania?

To bardzo atrakcyjne dla aktora. Konflikt jest atrakcyjny do grania. Najważniejsze są emocje. Najgorsze do grania są takie „ciepłe kluchy”. (śmiech) 

To wyrazistość zdecydowała, że zechciała Pani tę rolę przyjąć?

Tak, podobało mi się to.

Nie jest to jedyna mroczna postać w Pani dorobku, albowiem w serialu "Na dobre i na złe", w latach 2005-2006, wcielała się Pani w profesor Annę Sulak-Hartmann, która także miała wiele za uszami. Czy to właśnie Aleksandra z "Emki" i profesor Hartmann są postaciami, z którymi jest Pani najczęściej kojarzona przez widzów?

Tych ról jest wiele. Najbardziej jestem kojarzona chyba z "Piłkarskiego pokera", "Ekstradycji" i "Wiernej rzeki". Wiadomo, że filmy, które nie są za często powtarzane w telewizji, aż tak nie zapadają w pamięci widzów. Bardzo lubiłam też "Szpilki na Giewoncie".

Oj, tak. Mogła tam Pani pokazać góralską energię.

Język, gwara... To było bardzo atrakcyjne, ale i trudne.

Myśli Pani, że powrót tego serialu po latach spodobałby się widzom? Oczywiście, z wątkami osadzonymi w dzisiejszej codzienności.

Trudno powiedzieć. Nie musieliby to być nawet wyłącznie ci bohaterowie, do których widzowie byli przyzwyczajeni.

Mandaryna o życiu w blasku reflektorów i domowym zaciszu [WYWIAD]

Mandaryna o życiu w blasku reflektorów i domowym zaciszu [WYWIAD]




















fot. Mariola Morcinková

Marta „Mandaryna” Wiśniewska była gwiazdą ostatniego przystanku Projektu Zima TVN, który zagościł w Wiśle w jeden z lutowych weekendów. Wokalistka opowiedziała o fenomenie utworu „Ev’ry Night”, zdefiniowała pojęcie wolności w tańcu i szczerze wyznała, czego nauczyło ją życie z cukrzycą.

Mam wrażenie, że z jednej strony jest Pani osobą, która potrzebuje świateł, muzyki i publiczności, z drugiej zaś rodziny i spokoju. Mam rację?

Jak najbardziej. Myślę, że to łączy mnie z wieloma kobietami. Lubimy robić swoje w świetle reflektorów. Mam artystyczną duszę, bardzo tego potrzebuję, karmi mnie to energetycznie. Lubię dawać ludziom dużo swojej energii, ale też ją otrzymywać. To niesie mnie przez kolejne dni. Prawdą jest jednak również to, że uwielbiam domowe zacisze, kocham spotykać się z bliskimi, znajomymi, grać w planszówki. Od czasu do czasu lubię też poleniuchować.

Jak dziś definiuje Pani swoją tożsamość artystyczną?

Nie mam jednej definicji. Otwieram różne drzwi. Lubię to. Bywam czasem w dwóch skrajnych miejscach – we fleszach reflektorów i bardzo komercyjnym świecie, ale potem nadchodzi moment, w którym chcę też czegoś innego, a wtedy wpadam w świat niszowy, offowy, robię performance’y, które nie są dla każdego, bo nie każdy rozumie taki świat. Lubię być w jednej linii, próbując różnych rzeczy.

Dziś zdecydowanie bliżej Pani do tej dziewczyny, która potrzebuje sceny?

Tak. Kocham koncerty, energię, ludzi. Uwielbiam widzieć uśmiech na ich twarzach. Szczególnie w tych czasach jest bardzo ważne, by wyluzować się chociaż na chwilę, poskakać, sprawić, by przez moment nic nas nie obchodziło.

Pani twórczość od lat kojarzy się nie tylko z kultowymi hitami, o których będziemy rozmawiać, ale przede wszystkim z taneczną wolnością. Mówi Pani, że taniec jest dla Pani nie tylko sposobem na życie, ale też największą odskocznią. Czym jeszcze?

Taniec jest dla mnie powietrzem. Nie pamiętam momentu, w którym nie było go w moim świecie. Tańczę, odkąd zaczęłam chodzić i tak już będzie zawsze (śmiech). Taniec jest sposobem na wszystko. Od poprawienia kondycji, aż do wytańczenia złych emocji.

Jaka jest Pani definicja wolności w tańcu?

Specjalizuję się w hip-hopie, a to prawdziwy taniec wolności. Ma on oczywiście swój kręgosłup taneczny, ale czerpie z różnych innych stylów. Można go tańczyć nie tylko do każdej muzyki, ale przede wszystkim po swojemu. Najfajniejsze jest to, że kiedy przepuścisz te dźwięki przez siebie, za każdym razem otrzymasz inną historię, podarowaną przez drugiego człowieka. To właśnie wielowymiarowość jest najfajniejsza w tańcu. Wszystko zależy od tego, jaki masz dzień, co chcesz w danej chwili za jego pomocą wyrazić i jaką masz w sobie ekspresję.

Czy daje on więcej wolności niż muzyka, czy jest raczej jej dopełnieniem?

Dla mnie to połączenie jednego z drugim, natomiast taniec daje dużo większą wolność.

Gdyby życie postawiło Panią przed wyborem pomiędzy muzyką a tańcem, wybrałaby Pani pewnie taniec, prawda?

Oj, chyba nie umiałabym wybrać (śmiech). Kocham jedno i drugie.

Co takiego daje taniec, czego nie dają inne formy aktywności?

Wspomnianą wolność i to, że w taniec zaangażowane jest tak naprawdę całe ciało. Niemożliwe, by taniec porwał nas, gdy mamy głowę pełną innych rzeczy. Trzeba się wyłączyć i zrobić coś dla siebie. W tańcu można wszystko z siebie wyrzucić.

Czy każdy może nauczyć się tańczyć?

Oczywiście. Nauczyć się tańczyć może każdy, kto po prostu kocha muzykę.

Finał Projektu Zima nie jest Pani pierwszą okazją do bycia w Wiśle i okolicach. Jak się wraca w te strony?

Wspaniale. Góry są cudowne. Kocham snowboard, więc kiedy tylko mogę, zakładam deskę i śmigam. Niestety robię to bardzo rzadko.

Usłyszymy dziś kultowe już zdanie, „znacie Ev’ry night”?

Mam nadzieję, że tak.

Co ma w sobie ten utwór, że od lat budzi tyle pozytywnych emocji?

„Ev’ry Night” to już nie jest utwór, a całe zjawisko społeczne. Zawarte jest w nim wszystko – od uśmiechu, przez dobrą zabawę, aż po wiele ludzkich historii. Ta piosenka dlatego stała się tak kultowa, bo już nie jest tylko piosenką.

Jak Pani patrzy na ten utwór po latach? Nie miała Pani takiego momentu w swoim życiu, w którym świadomie przestała go lubić?

Miałam momenty, w których nie chciałam już go śpiewać. Teraz też nie muszę, bo wszyscy robią to za mnie (śmiech).

Mój ulubiony utwór z Pani repertuaru to zdecydowanie „Stay together”. A które swoje utwory z lat ubiegłych darzy Pani szczególnym sentymentem?

Bardzo lubię swoje pierwsze płyty, ponieważ były bardzo beztroskie, młodzieńcze i bardzo moje. Szczególnym sentymentem darzę też swoją trzecią płytę i utwór „Chemical”. Ma w sobie coś innego i moją zadziorną duszę.

Każdy artysta na przestrzeni lat przechodzi muzyczną przemianę. Jak opisałaby Pani swoją?

Człowiek dojrzewa z każdym dniem. Na początku inspiruje się czymś innym, potem to ewoluuje. Cały czas jestem w podobnej stylistyce, dopasowanej nieco do tego, co dzieje się obecnie. Grają mi w duszy różne projekty, po które sięgnę pewnie z czasem.

Jak w tym czasie zmieniała się Pani jako człowiek?

Oj, bardzo (śmiech). Kiedy oglądam programy, w których wystąpiłam blisko dwadzieścia lat temu, różnie o sobie myślę. Jednak, młodość ma swoje prawa. Dziś jestem matką dojrzałych dzieci, uczę ich, jak być dobrym człowiekiem. Występują ze mną na scenie, wnosząc na nią dużo dobrej energii, a ja wykorzystuję to, jak tylko mogę.

Wróciłaby Pani do siebie sprzed lat?

Tak.

Diagnoza cukrzycy w wieku 27 lat była dla Pani, jak dla każdego, ogromnym życiowym wyzwaniem. Jak to doświadczenie zmieniło Pani spojrzenie na świat i życiowe priorytety?

Ta diagnoza uświadomiła mi, że nic nie trwa wiecznie, że życie jest zaskakujące. Pokazała mi, że w każdym momencie może dopaść nas coś, z czym musimy się zmierzyć. Lepiej, kiedy ta choroba idzie ze mną w parze. Gorzej, gdybym musiała z nią walczyć. Z cukrzycą musiałam się zaprzyjaźnić. Już wiem, jak ważna jest profilaktyka i to, by o siebie dbać. W cukrzycy najbardziej podoba mi się to, że znajduje czas dla siebie, uważniej patrzę na to, co jem.


wtorek, 28 kwietnia 2026

Aleksandra Hamkało (nie) tylko o "Na dobre i na złe" [WYWIAD]

Aleksandra Hamkało (nie) tylko o "Na dobre i na złe" [WYWIAD]
















fot. zdjęcie nadesłane

Aleksandra Hamkało odwiedziła Cieszyn, by zagrać w spektaklu "Królowe życia".  Opowiada nie tylko o spektaklu, ale też dzieli się swoją definicją bycia królową życia nie tylko we własnym domu, ale też w podróży. Mówi również o serialu "Na dobre i na złe". Wciela się w nim w postać Julki Burskiej, która do całej tej historii wróciła w 2016 roku.

Aktorka teatralna, filmowa, serialowa, marzycielka i podróżniczka. Czy tak można Panią opisać w kilku słowach?

Oczywiście, można tak o mnie powiedzieć.

Mam wrażenie, że choć równie aktywna jest Pani przed kamerą, jak i na deskach teatralnych, to jednak bliżej Pani do teatru. Czy się mylę?

To zupełnie nieprawda. W teatrze nie było mnie przez dziesięć lat. Dopiero od zeszłego roku, od mojego udziału w spektaklu "Prestiż", jestem w nim bardziej aktywna.

Czy mimo to teatr jest bliższy Pani sercu?

Tego się zupełnie nie da porównać. Czymś zupełnie innym dla aktora jest teatr, a czymś innym kino.

Czym więc dla Pani jest teatr?

Teatr jest dla mnie treningiem warsztatu.

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie, tuż po pierwszym spektaklu "Królowe życia" w reżyserii Wojciecha Błacha. Jakie emocje towarzyszą Pani po zejściu ze sceny?

Byłam zestresowana, jestem bardzo wdzięczna mojej partnerce scenicznej, Kasi Zawadzkiej, ponieważ kilka tekstów pomogła mi dowieźć, ale bardzo dobrze się bawiłam, myślę, że widownia również. Bardzo się z tego cieszę.

W tej historii wciela się Pani w Vanessę. Jak Pani budowała tę postać?

Musiałam zbudować ją szybko, ponieważ próby trwały krótko. Przede wszystkim chcę się bardzo dobrze bawić na tych spektaklach, ponieważ kiedy w tym, co robimy na scenie jest lekkość, to wtedy widownia też dobrze się bawi.

Co opowiedziałaby Pani o swojej postaci tak, by nie zdradzać za wiele?

Mieni się różnymi kolorami, ponieważ potrafi być mamusią, opiekunką, jest czuła dla swojego synka, ale z drugiej strony jest bardzo gorącą kobietą, która swoim ciałem zarabia na życie.

Jaka jest Pani definicja bycia królową życia?

To mój cel, by jak najczęściej się czuć królową życia. (śmiech)

W jakich okolicznościach ostatnio tak się Pani czuła?

Pytanie w punkt. (śmiech) Ostatnio tak się czułam, kiedy z całą rodziną wyjechałam na wakacje i robiłam to, co kocham najbardziej, czyli chodziłam po górach.

Każda z nas czasami chce się poczuć królową życia, albo przynajmniej królową we własnym domu, prawda? (śmiech)

Ja bez wątpienia jestem królową we własnym domu.

Zaprośmy widzów na ten spektakl.

Zapraszam bardzo serdecznie. To spektakl, który jest rozrywką na poziomie. Grają w nim świetni aktorzy. Z widowni można usłyszeć salwy śmiechu, więc na pewno wszyscy świetnie się bawią. Można mnie spotkać w roli, której nigdy wcześniej nie zagrałam.

Ilekroć rozmawiam z twórcami we wnętrzach Teatru im. Adama Mickiewicza, słyszę, że ma w sobie swego rodzaju magię. Zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem?

To przepiękny teatr. W Cieszynie jestem pierwszy raz. Kiedy wyszłam na tę scenę, byłam zachwycona. Tutejszy teatr jest bardzo podobny do Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

To właśnie w jego wnętrzach w 1974 roku kręcono "Ziemię obiecaną". Wiedziała Pani o tym?

Nie wiedziałam o tym.

Do obsady serialu "Na dobre i na złe" dołączyła Pani w 623. odcinku, w 2016 roku, jako znana już wszystkim, ale z nową twarzą, Julka Burska. Czy wcześniej oglądała Pani serial?

Oczywiście, oglądałam ten serial, kiedy byłam dzieckiem. Dobrze pamiętam postać Julki z tych czasów.

Czy to właśnie z Julką jest Pani najczęściej kojarzona przez widzów?

Tak, na ten moment jestem najczęściej kojarzona z Julką, ale często jestem też kojarzona z rolą stażystki Basi Torzewskiej z Copernicusa, w którą wcieliłam się w "Lekarzach".